Pierwszym, najlepiej zapamiętanym, bo niespodziewanym efektem było… znieczulenie skóry.
Znacie to uczucie, kiedy zdajecie sobie sprawę, że coś wam dolegało dopiero wtedy, kiedy mija? Z oszołomieniem odkryłam, jak bardzo przeszkadzało mi moje własne ubranie. Nagle poruszanie się i siedzenie w krześle przestało być nieprzyjemne. Zniknęła doprowadzająca do szału nadświadomość własnego ciała. Skóra przestała wysyłać ciągły sygnał dyskomfortu. W efekcie przestało mnie też prześladować poczucie, że jestem gruba.
Potem jak nożem uciął skończył się nieokiełznany ciąg do słodyczy. Od jakichś dwóch lat już nawet mi nie smakowały, żołądek się buntował, ale mózg z uporem maniaka żądał słodkiego i nie przyjmował odmów. Przestał po jakimś tygodniu i nie wrócił do tematu. Och, nadal lubię słodycze. Niektóre i w rozsądnych ilościach. Umiejętność samodzielnego wrąbania na raz tabliczki czekolady, torciku wedlowskiego albo bombonierki zdecydowanie mnie opuściła.
Potem okazało się, że wychodząc z pracy nie wlokę się do domu obolała i półprzytomna ze zmęczenia. Że potrafię rozluźnić mięśnie idąc albo jadąc autobusem i nie jest mi do tego potrzebne dziesięć minut relaksu w ciemnym pokoju. Że wróciwszy z pracy bywam zdolna do czynności innych niż padnięcie na łóżko albo katatoniczne zwinięcie się na fotelu przed komputerem. Permanentny ból ramion i pleców odszedł do przeszłości razem z obezwładniającym, katorżniczym zmęczeniem.
Potem wstawanie o poranku przestało być torturą, a kładzenie się spać wieczorem — znienawidzonym, odkładanym, ile się dało wstępem do tortury. Spanie przestało być frustrującym przymusem. Pojawiły się sny neutralne, inne niż powtarzające się przez lata trzy na krzyż koszmary. Przestałam budzić się bardziej zmęczona, niż kiedy zasypiałam.
Wyjście z domu przestało być tytanicznym wysiłkiem, odwiedzenie ukochanej przyjaciółki — pielgrzymką, jazda komunikacją miejską — piekłem, zakupy — męczarnią.
Zniknęło przewrażliwienie na dźwięki, zapachy i dotyk.
Normalne, ludzkie, codzienne czynności typu pranie, posprzątanie, ba — prysznic! — przestały być syzyfowymi pracami.
Przeszły ataki morderczej nienawiści: do siebie, do własnego ciała, do tłumu stłoczonego w komunikacji miejskiej, do napotykanych prostaków i chamów, do wszechobecnej ludzkiej głupoty, do podłości małych i dużych, do świata w ogólności.
Lektura gazety codziennej już nie jest w stanie kompletnie mnie załamać.
Zmienił mi się nawet gust kulinarny. Nadal lubię makaron, ale bez przesady. Znienacka zapragnęłam mięsa. Nałogowo pita butelkowa ice tea straciła całkiem powab, za to znienacka uzależniłam się od soków multiwitaminowych Tymbarku. Tłuste potrawy nęcą mnie mniej, za to warzywa nieco bardziej.
A przede wszystkim zniknęła czarna, dusząca, kleista, gęstniejąca chmura, w której poruszałam się przez ostatnie lata. Gdybym tylko zdała sobie wcześniej sprawę z jej istnienia! Gdybym wiedziała, że tak łatwo można się jej pozbyć!
Z zamysłem zapisania tego wszystkiego nosiłam się od mniej więcej tygodnia po tym, jak dostałam od lekarza receptę. Po co? Po pierwsze — żeby nie zapomnieć. Już teraz ciężko mi sobie przypomnieć ostatnie pięć lat, a ostatnie dwa są w zasadzie rozmazaną plamą o nieprzyjemnym kształcie. Chcę pamiętać, jak źle było, żeby cieszyć się tym, jak jest. A w szczególności chcę zapamiętać euforię pierwszych tygodni, kiedy odkrywałam kolejne, cudownie puste miejsca po bólu, zmęczeniu i smutku.
A po drugie — może przeczyta to ktoś, kto też żyje latami z pogłębiającą się depresją, ktoś z wpojoną zasadą nie rozczulania się nad sobą, tłumaczący sobie, że nic mu nie jest. Może ten ktoś przełamie się, pójdzie do terapeuty i psychiatry i ze zdumieniem odkryje, że jest chory, a jego chorobę można skutecznie leczyć.
Może gdyby ktoś napisał coś podobnego parę lat temu, moje życie wyglądałoby inaczej?