Namiętnie lubię sushi. Niestety, w pracy dostępne jest w dwóch wariantach, z których jeden jest tylko minimalnie mniej paskudny od drugiego. Codziennie w lodówce baru na dole można znaleźć kilka gotowych zestawów, które są jadalne tylko w połowie i tylko w dużej desperacji, a w czwartki bądź piątki pojawia się pan z sushi cateringu i szykuje na żywo. To nawet nadaje się do zjedzenia, pod warunkiem, że nie bierze się nigiri.
Maki, czyli rolki z ryżu i rozmaitości krojone na kawałki, przeważnie dają się zjeść nawet wtedy, gdy ryba jest drugiej świeżości i trzeciej jakości (głównie dlatego, że catering skąpi na rybie i są jej tam śladowe ilości). Nigiri natomiast, czyli podłużne bryłki ryżu z plastrem ryby (zazwyczaj) na wierzchu, warianty jakości mają tylko dwa: jadalne i niejadalne. Wariant występujący w cateringu, jeśli ma na sobie jakąkolwiek rybę, jest definitywnie niejadalny.
Mimo że sushi z cateringu niedobre, niemal co tydzień łamię się i zamawiam na zasadzie “i tak nie ma nic lepszego do zjedzenia”. Pan przygotowywacz ma krótką pamięć i co kilka tygodni, gdy zwyczajowo proszę o zestaw samych maki, domyślnie i z pewną dozą wyższości zagaduje “a, nie lubi pani nigiri?” Co jakiś czas dodaje także informację, że nowicjusze nie lubią, ale potem się przekonują i ogólnie całym jestestwem emituje zasmucenie, że pozostaję w swym szkodliwym uporze.
Niedawno dałam się wciągnąć w dyskusję i wyjaśniłam najoględniej jak umiałam, że nigiri ja owszem, bardzo chętnie, ale nie w cateringu. Pan jął mi tłumaczyć, że ryba to ryba i wszędzie jest taka sama. Gdybym nie była osobą kulturalną, dobrze wychowaną i dbającą o uczucia innych, pękłabym w tym momencie. Pękłabym i wyjaśniła strasznym głosem, że nie, nie wszędzie. Że ryba w takiej na przykład Sakanie pachnie znacznie ładniej, nie ma konsystencji zużytej podkładki pod nadgarstki i nie zawiera ścięgien (czy też czymkolwiek są te gumiaste kawałki między pasmami mięśni, które powodują, że natychmiast taką rybę z obrzydzeniem wypluwam). Że ryby w porządnej restauracji sushi jest dwa razy więcej w każdą stronę. Że ryż w dobrym nigiri nie jest twardy, niedoprawiony i niesmaczny. No i, last but not least, że ryba w cateringu spędziła co najmniej kilka godzin w podróży w nieznanych mi warunkach (choć nie wiem, czy mogłoby to jeszcze pogorszyć jej stan).
Wszystkiego tego jednak panu z cateringu nie mogę powiedzieć, bo wstrzymuje mnie żelaznym kagańcem dobre wychowanie. Kiwam tylko głową, uśmiecham się niejednoznacznie i zamawiam jednak, mimo wszystko, zdecydowanie, tak poproszę, na pewno, zestaw z samymi maki.
