it’s alive!

I live. AGAIN.

sushi a bycie damą

Opublikował/a saddie w dniu 2009/11/23

Namiętnie lubię sushi. Niestety, w pracy dostępne jest w dwóch wariantach, z których jeden jest tylko minimalnie mniej paskudny od drugiego. Codziennie w lodówce baru na dole można znaleźć kilka gotowych zestawów, które są jadalne tylko w połowie i tylko w dużej desperacji, a w czwartki bądź piątki pojawia się pan z sushi cateringu i szykuje na żywo. To nawet nadaje się do zjedzenia, pod warunkiem, że nie bierze się nigiri.

Maki, czyli rolki z ryżu i rozmaitości krojone na kawałki, przeważnie dają się zjeść nawet wtedy, gdy ryba jest drugiej świeżości i trzeciej jakości (głównie dlatego, że catering skąpi na rybie i są jej tam śladowe ilości). Nigiri natomiast, czyli podłużne bryłki ryżu z plastrem ryby (zazwyczaj) na wierzchu, warianty jakości mają tylko dwa: jadalne i niejadalne. Wariant występujący w cateringu, jeśli ma na sobie jakąkolwiek rybę, jest definitywnie niejadalny.

Mimo że sushi z cateringu niedobre, niemal co tydzień łamię się i zamawiam na zasadzie “i tak nie ma nic lepszego do zjedzenia”. Pan przygotowywacz ma krótką pamięć i co kilka tygodni, gdy zwyczajowo proszę o zestaw samych maki, domyślnie i z pewną dozą wyższości zagaduje “a, nie lubi pani nigiri?” Co jakiś czas dodaje także informację, że nowicjusze nie lubią, ale potem się przekonują i ogólnie całym jestestwem emituje zasmucenie, że pozostaję w swym szkodliwym uporze.

Niedawno dałam się wciągnąć w dyskusję i wyjaśniłam najoględniej jak umiałam, że nigiri ja owszem, bardzo chętnie, ale nie w cateringu. Pan jął mi tłumaczyć, że ryba to ryba i wszędzie jest taka sama. Gdybym nie była osobą kulturalną, dobrze wychowaną i dbającą o uczucia innych, pękłabym w tym momencie. Pękłabym i wyjaśniła strasznym głosem, że nie, nie wszędzie. Że ryba w takiej na przykład Sakanie pachnie znacznie ładniej, nie ma konsystencji zużytej podkładki pod nadgarstki i nie zawiera ścięgien (czy też czymkolwiek są te gumiaste kawałki między pasmami mięśni, które powodują, że natychmiast taką rybę z obrzydzeniem wypluwam). Że ryby w porządnej restauracji sushi jest dwa razy więcej w każdą stronę. Że ryż w dobrym nigiri nie jest twardy, niedoprawiony i niesmaczny. No i, last but not least, że ryba w cateringu spędziła co najmniej kilka godzin w podróży w nieznanych mi warunkach (choć nie wiem, czy mogłoby to jeszcze pogorszyć jej stan).

Wszystkiego tego jednak panu z cateringu nie mogę powiedzieć, bo wstrzymuje mnie żelaznym kagańcem dobre wychowanie. Kiwam tylko głową, uśmiecham się niejednoznacznie i zamawiam jednak, mimo wszystko, zdecydowanie, tak poproszę, na pewno, zestaw z samymi maki.

Opublikowany w life/universe/everything | Komentarzy: 5 »

ty jesteś jak zdrowie…

Opublikował/a saddie w dniu 2009/10/19

Nie jestem patriotką. Powiedziałabym nawet, że jestem antypatriotką, ale tak naprawdę to nie tak, bo nie mam nic szczególnego przeciwko Polsce. Rzecz raczej w tym, że nie odczuwam ani żadnego przywiązania do tego kraju, ani potrzeby przywiązania do jakiegokolwiek innego. Nie czuję się częścią żadnego narodu. “Ojczyzna”, “patriotyzm” czy “duma narodowa” są pojęciami całkowicie mi obcymi i ciężko mi sobie nawet wyobrazić, że miałabym być dumna z bycia urodzoną w państwie X albo zamieszkiwania w państwie Y. Mogę odczuwać przywiązanie i lojalność względem rodziny, przyjaciół, kręgu zainteresowań, grupy zawodowej, ewentualnie miasta, ale narodu czy państwa? Nie widzę powodów.

Że historia? Każde państwo ma swoją, równie ciekawą. Że wojny i powstania? Żaden powód do dumy. Zastanowienia, pamięci — tak; dumy, w żaden sposób. Że tradycja? Tradycja kojarzy mi się jak najgorzej; tradycja to przesądy, uprzedzenia, sztywne reguły, których sens dawno minął, przestarzałe zasady, których nikt nie kwestionuje. Że język? Im prędzej wszyscy przejdziemy na język uniwersalny, tym lepiej. Że korzenie? Ale ja nie chcę mieć korzeni, chcę latać.

Nie jestem Polką w żadnym innym znaczeniu niż miejsce urodzenia i obecnego pobytu. To tak, jak z mieszkaniem w miejskim bloku: nie śmiecę, dbam o dobro wspólne, płacę czynsz, mówię dzień dobry sąsiadom, ale każdy inny blok zapewniający podobny standard zamieszkania byłby równie dobry. Fakt zamieszkiwania w tym konkretnym bloku nie ma dla mnie żadnego znaczenia ponad czysto utylitarne.

Zastanawiam się, czy wynika to z mojej osobniczej dziwaczności, czy z kierunku, w jakim powoli zmierza świat. Jeśliby poczynić śmiałe założenie, że jestem ogólnie zbieżna z resztą ludzkości, to idea narodowości, a raczej państw narodowych, dobiega — nareszcie — końca. Już teraz mam co najmniej tyle samo znajomych za granicą, jak i w Polsce, a na co dzień rozmawiam więcej po angielsku niż po polsku. Nie przywiązuję żadnej wagi do koloru skóry, dźwięku nazwiska czy tego, gdzie się dany rozmówca urodził. Obserwuję, jak znajomi — zarówno polscy, jak i zagraniczni — migrują z państwa do państwa i sama zastanawiam się nad wyjazdem do miejsca bardziej zbieżnego z moimi zainteresowaniami i potrzebami. Miejsca bez obsesji na temat historii i tradycji, miejsca, gdzuie ludzie  zajmują się teraźniejszością i przyszłością zamiast maniackiego rozgrzebywania przeszłości.

Mój przyjaciel W. napisał był system RPG, w którym można było przyjąć obywatelstwo sieciowego pseudopaństwa NetNation. Ciekawe, czy za lat parę będzie można ubiegać się o obywatelstwo Google? A mam poczucie, że brakuje tylko kilkudziesięciu lat, żebym mogła powiedzieć bez dodawania zastrzeżeń: moją ojczyzną nie jest Polska, moją ojczyzną jest planeta Ziemia.

Opublikowany w life/universe/everything | Komentarzy: 6 »

Bodies

Opublikował/a saddie w dniu 2009/05/13

Zaciągnęłam przyjaciół na wystawę Bodies.

(Tym, których ominęła kontrowersja, wyjaśniam, że wystawa składa się z preparatów ludzkich ciał — całych i w kawałkach — pracowicie zakonserwowanych, starannie opisanych i estetycznie wyeksponowanych.)

Troszeczkę obawiałam się pójść, bo w pewnych kwestiach jestem mocno (nad)wrażliwa i na przykład widok co poniektórych mięs zbrzydza mnie okrutnie; z drugiej strony, szarpała mną ciekawość świata i nie darowałabym sobie, gdybym miała przegapić taką okazję na prawdziwą lekcję anatomii. Na szczęście obawy okazały się płonne, nie zbrzydziłam się zupełnie, latałam zafascynowana od preparatu do preparatu. Nie wzruszyły mnie nawet wypreparowane nowotwory (a co poniektóre — zwłaszcza w porównaniu z czystymi, schludnymi tkankami obok — były widowiskowo paskudne) ani sekcja poświęcona rozwojowi płodu (zamiast się zniesmaczyć, znienacka się rozczuliłam).

Oprócz spodziewanego zestawienia zdrowych płuc z płucami palacza — fuj, sinoczarne — wystawa jest pełna zaskoczeń. To wątroba jest taka WIELKA, a mózg taki mały? Trzy maleńkie kosteczki odpowiadają za funkcjonowanie słuchu? Dziesięciotygodniowy embrion ma już wszystkie palce i kości milimetrowej średnicy? Głos rezonuje w podstawie czaszki? (Tu należałoby wstawić filmik z grupką ludzi stojących przy odpowiedniej gablocie i synchronicznie łapiących się za głowy.) A pan w białym kitlu przy końcu wystawy dał mi nawet do ostrożnego pomacania serce i wątrobę!

Ogólnie wystawa jest fantastyczna. Nie mam wyobraźni przestrzennej, rysunki w szkolnych książkach do biologii niewiele mi dały w kwestii wiedzy anatomicznej, a tutaj pokazano mi ze szczegółami i w kilku wariantach, co jest gdzie i jak wygląda. Powinno się na “Bodies” wysyłać młodzież szkolną, hurtem; aczkolwiek prawdę mówiąc, trzeba by wtedy przy każdym stojącym luzem preparacie postawić ochroniarza. Szkoda by było, gdyby głupi gówniarz zniszczył efekt czyjejś długiej i żmudnej pracy.

Jedynym nieprzyjemnym akcentem całego doświadczenia były reakcje rodziny i otoczenia. Własna matka zastrzeliła mnie “no wiesz, nie spodziewałam się tego po tobie” (czego?), siostra stwierdziła, że “obrzydliwość” (czemu?), a od dwóch osób usłyszałam już, że preparaty są robione z chińskich więźniów politycznych, czego nie będę nawet komentować — człowieka, który wierzy w absurdy, logiczne argumenty i tak nie przekonają.

Bardzo się cieszę, że poszłam i obejrzałam. Stwierdzam, że chciałabym, żeby po mojej śmierci zrobiono z moim ciałem coś podobnie pożytecznego. Dotychczas opcją numer jeden było dawstwo nadających się jeszcze do czegoś organów, a reszty spopielenie i rozsypanie w lesie, ale może zamiast nie szkodzić (czyt. zajmować miejsce bezsensownym grobem) moje ciało będzie mogło się wręcz przydać?

Opublikowany w life/universe/everything, w obronie rozumu | Komentarzy: 2 »

GARNITUR TWÓJ WRÓG!

Opublikował/a saddie w dniu 2009/05/12

W obozowej, przepraszam, korporacyjnej stołówce, spożywając element panierowany, zorientowałam się znienacka, że odczuwam instyktowną a silną niechęć wobec ludzi w garniturach.

Garnitur w ogromnej większości przypadków jest równie bezsensowny, jak każdy inny rytualny ubiór. Jestem gorącą przeciwniczką bezmyślnych rytuałów. Garnitur można zakładać na śluby, pogrzeby, bale i podobne rytualne ceremonie. Innych sensownych celów nie widzę.

Garnitur to dobry symbol pewnych rzeczy, które są bardzo nie tak w naszej cywilizacji. Nie jest dobrze, jeżeli pracodawcę interesuje mój ubiór zamiast jakości mojej pracy. Nie jest dobrze, jeżeli mój klient zwraca uwagę na to, co na siebie włożyłam, zamiast tego, jaki produkt mu oferuję. (Od razu zaznaczam, że między garniturem/garsonką a tzw. mini do pasa istnieje całe spektrum ubiorów i nie postuluję skoków ze skrajności w skrajność.)

Garnitur nie spełnia żadnej pożytecznej funkcji. Na dziewięćdziesięciu procentach noszących lepiej wyglądałyby schludne spodnie i t-shirt, niż zmięty, przybrudzony i niedopasowany garniak. Co więcej, dziewięćdziesiąt procent noszących pachniałoby znacznie lepiej, nie zakładając tego samego garnituru N dni z rzędu. Tak, panowie garniturowcy, niemal każdego z was czuć, zwłaszcza w okresie wiosenno-letnim. Nie da się prać garnituru codziennie.

Garnitur jest efektem syndromu “miliony much nie mogą się mylić”. “Włożę garnitur, bo będą tego ode mnie wymagać.” “Będę wymagać garnituru, bo tak powinno być.” “Włożę garnitur, bo wszyscy je noszą“. Dlaczego? Po co? Kto tak ustalił? Jaki jest cel?

Panowie i panie, nie dajcie się ślepo wciągać w idiotyczne rytuały. Ubierajcie się normalnie, jako i ja czynię. Pracodawca, który zażyczyłby sobie, abym wkładała garsonki czy inne kostiumy, i tak nie jest pracodawcą, dla którego chcę pracować.

A jeśli czujecie się nieswojo bez garnituru — podmieńcie sobie w myślach wszystkie wystąpienia słów “garnitur” na “krynolina”, a potem wyobraźcie sobie szefa w obfitej krynolinie. Od razu będzie lepiej.

Opublikowany w w obronie rozumu | 1 komentarz »

…there’s bugger all down here on Earth

Opublikował/a saddie w dniu 2009/04/21

Galaktyka M101

Nie wiem, jak Wam, ale mnie wystarczy jedno spojrzenie, żeby uświadomić sobie głębię absurdalności koncepcji, jakobyśmy mieli być jedynym inteligentnym życiem w kosmosie.

Drugie spojrzenie wystarczy, żeby zdać sobie sprawę, jak bardzo nie ma znaczenia wszystko, czym się przejmujemy na co dzień.

Extensę kupię. Cena nie gra roli.

Opublikowany w life/universe/everything | Zostaw Komentarz »

bo tak!

Opublikował/a saddie w dniu 2009/04/08

Szwedzkie lotnisko Arlanda jest wspaniałe: ma co najmniej trzy miejsca, w których można kupić książki po angielsku. Kiedy do wejścia na pokład zostaje czterdzieści minut, a potrzebuję zająć czymś myśli, idę i kupuję to, co wygląda czytalnie.

Za ostatnim razem wpadł mi w ręce “Twilight”. Tytuł nie był mi całkiem obcy, bo na przystankach w Warszawie widywałam plakaty głoszące, że film z tego zrobili. Zajrzałam do środka. Wampiry? Romansidło? Ooo, biorę.

Spodobało mi się okrutnie, oczywiście i dotarłam do Warszawy już żałując, że nie zapolowałam od razu na pozostałe tomy cyklu. Z pomocą przyszedł niezawodny American Bookstore i następny tydzień spędziłam czytając w domu, autobusie, pracy, ba, nawet przy chodzeniu. Wciągnęło jak za dawnych, dobrych czasów. Tu i tam podzieliłam się radośnie odkryciem pasjonującej lektury.

Zapytano mnie, czy nie mam nic lepszego do czytania i czy mam piętnaście lat.

Oczywiście, że mam piętnaście lat i jest mi z tym dobrze. Dlaczego nie? Lubię historie romantyczne, lubię historie fantastyczne, a już za smacznymi połączeniami obydwu po prostu przepadam. Nie uznaję koncepcji istnienia granicy wiekowej, poza którą nie wolno już być niepoprawnym marzycielem. W ogóle całym jestestwem sprzeciwiam się idei bycia za starym na cokolwiek, a już szczególnie na wyobraźnię.

A teraz idę sobie przyjemnie pomarzyć.

Opublikowany w Uncategorized | Zostaw Komentarz »

better living through chemistry

Opublikował/a saddie w dniu 2009/04/07

Pierwszym, najlepiej zapamiętanym, bo niespodziewanym efektem było… znieczulenie skóry.

Znacie to uczucie, kiedy zdajecie sobie sprawę, że coś wam dolegało dopiero wtedy, kiedy mija? Z oszołomieniem odkryłam, jak bardzo przeszkadzało mi moje własne ubranie. Nagle poruszanie się i siedzenie w krześle przestało być nieprzyjemne. Zniknęła doprowadzająca do szału nadświadomość własnego ciała. Skóra przestała wysyłać ciągły sygnał dyskomfortu. W efekcie przestało mnie też prześladować poczucie, że jestem gruba.

Potem jak nożem uciął skończył się nieokiełznany ciąg do słodyczy. Od jakichś dwóch lat już nawet mi nie smakowały, żołądek się buntował, ale mózg z uporem maniaka żądał słodkiego i nie przyjmował odmów. Przestał po jakimś tygodniu i nie wrócił do tematu. Och, nadal lubię słodycze. Niektóre i w rozsądnych ilościach. Umiejętność samodzielnego wrąbania na raz tabliczki czekolady, torciku wedlowskiego albo bombonierki zdecydowanie mnie opuściła.

Potem okazało się, że wychodząc z pracy nie wlokę się do domu obolała i półprzytomna ze zmęczenia. Że potrafię rozluźnić mięśnie idąc albo jadąc autobusem i nie jest mi do tego potrzebne dziesięć minut relaksu w ciemnym pokoju. Że wróciwszy z pracy bywam zdolna do czynności innych niż padnięcie na łóżko albo katatoniczne zwinięcie się na fotelu przed komputerem. Permanentny ból ramion i pleców odszedł do przeszłości razem z obezwładniającym, katorżniczym zmęczeniem.

Potem wstawanie o poranku przestało być torturą, a kładzenie się spać wieczorem — znienawidzonym, odkładanym, ile się dało wstępem do tortury. Spanie przestało być frustrującym przymusem. Pojawiły się sny neutralne, inne niż powtarzające się przez lata trzy na krzyż koszmary. Przestałam budzić się bardziej zmęczona, niż kiedy zasypiałam.

Wyjście z domu przestało być tytanicznym wysiłkiem, odwiedzenie ukochanej przyjaciółki — pielgrzymką, jazda komunikacją miejską — piekłem, zakupy — męczarnią.

Zniknęło przewrażliwienie na dźwięki, zapachy i dotyk.

Normalne, ludzkie, codzienne czynności typu pranie, posprzątanie, ba — prysznic! — przestały być syzyfowymi pracami.

Przeszły ataki morderczej nienawiści: do siebie, do własnego ciała, do tłumu stłoczonego w komunikacji miejskiej, do napotykanych prostaków i chamów, do wszechobecnej ludzkiej głupoty, do podłości małych i dużych, do świata w ogólności.

Lektura gazety codziennej już nie jest w stanie kompletnie mnie załamać.

Zmienił mi się nawet gust kulinarny. Nadal lubię makaron, ale bez przesady. Znienacka zapragnęłam mięsa. Nałogowo pita butelkowa ice tea straciła całkiem powab, za to znienacka uzależniłam się od soków multiwitaminowych Tymbarku. Tłuste potrawy nęcą mnie mniej, za to warzywa nieco bardziej.

A przede wszystkim zniknęła czarna, dusząca, kleista, gęstniejąca chmura, w której poruszałam się przez ostatnie lata. Gdybym tylko zdała sobie wcześniej sprawę z jej istnienia! Gdybym wiedziała, że tak łatwo można się jej pozbyć!

Z zamysłem zapisania tego wszystkiego nosiłam się od mniej więcej tygodnia po tym, jak dostałam od lekarza receptę. Po co? Po pierwsze — żeby nie zapomnieć. Już teraz ciężko mi sobie przypomnieć ostatnie pięć lat, a ostatnie dwa są w zasadzie rozmazaną plamą o nieprzyjemnym kształcie. Chcę pamiętać, jak źle było, żeby cieszyć się tym, jak jest. A w szczególności chcę zapamiętać euforię pierwszych tygodni, kiedy odkrywałam kolejne, cudownie puste miejsca po bólu, zmęczeniu i smutku.

A po drugie — może przeczyta to ktoś, kto też żyje latami z pogłębiającą się depresją, ktoś z wpojoną zasadą nie rozczulania się nad sobą, tłumaczący sobie, że nic mu nie jest. Może ten ktoś przełamie się, pójdzie do terapeuty i psychiatry i ze zdumieniem odkryje, że jest chory, a jego chorobę można skutecznie leczyć.

Może gdyby ktoś napisał coś podobnego parę lat temu, moje życie wyglądałoby inaczej?

Opublikowany w the fall and rise | Komentarzy: 3 »