Bodies
Opublikował/a saddie w dniu 2009/05/13
Zaciągnęłam przyjaciół na wystawę Bodies.
(Tym, których ominęła kontrowersja, wyjaśniam, że wystawa składa się z preparatów ludzkich ciał — całych i w kawałkach — pracowicie zakonserwowanych, starannie opisanych i estetycznie wyeksponowanych.)
Troszeczkę obawiałam się pójść, bo w pewnych kwestiach jestem mocno (nad)wrażliwa i na przykład widok co poniektórych mięs zbrzydza mnie okrutnie; z drugiej strony, szarpała mną ciekawość świata i nie darowałabym sobie, gdybym miała przegapić taką okazję na prawdziwą lekcję anatomii. Na szczęście obawy okazały się płonne, nie zbrzydziłam się zupełnie, latałam zafascynowana od preparatu do preparatu. Nie wzruszyły mnie nawet wypreparowane nowotwory (a co poniektóre — zwłaszcza w porównaniu z czystymi, schludnymi tkankami obok — były widowiskowo paskudne) ani sekcja poświęcona rozwojowi płodu (zamiast się zniesmaczyć, znienacka się rozczuliłam).
Oprócz spodziewanego zestawienia zdrowych płuc z płucami palacza — fuj, sinoczarne — wystawa jest pełna zaskoczeń. To wątroba jest taka WIELKA, a mózg taki mały? Trzy maleńkie kosteczki odpowiadają za funkcjonowanie słuchu? Dziesięciotygodniowy embrion ma już wszystkie palce i kości milimetrowej średnicy? Głos rezonuje w podstawie czaszki? (Tu należałoby wstawić filmik z grupką ludzi stojących przy odpowiedniej gablocie i synchronicznie łapiących się za głowy.) A pan w białym kitlu przy końcu wystawy dał mi nawet do ostrożnego pomacania serce i wątrobę!
Ogólnie wystawa jest fantastyczna. Nie mam wyobraźni przestrzennej, rysunki w szkolnych książkach do biologii niewiele mi dały w kwestii wiedzy anatomicznej, a tutaj pokazano mi ze szczegółami i w kilku wariantach, co jest gdzie i jak wygląda. Powinno się na “Bodies” wysyłać młodzież szkolną, hurtem; aczkolwiek prawdę mówiąc, trzeba by wtedy przy każdym stojącym luzem preparacie postawić ochroniarza. Szkoda by było, gdyby głupi gówniarz zniszczył efekt czyjejś długiej i żmudnej pracy.
Jedynym nieprzyjemnym akcentem całego doświadczenia były reakcje rodziny i otoczenia. Własna matka zastrzeliła mnie “no wiesz, nie spodziewałam się tego po tobie” (czego?), siostra stwierdziła, że “obrzydliwość” (czemu?), a od dwóch osób usłyszałam już, że preparaty są robione z chińskich więźniów politycznych, czego nie będę nawet komentować — człowieka, który wierzy w absurdy, logiczne argumenty i tak nie przekonają.
Bardzo się cieszę, że poszłam i obejrzałam. Stwierdzam, że chciałabym, żeby po mojej śmierci zrobiono z moim ciałem coś podobnie pożytecznego. Dotychczas opcją numer jeden było dawstwo nadających się jeszcze do czegoś organów, a reszty spopielenie i rozsypanie w lesie, ale może zamiast nie szkodzić (czyt. zajmować miejsce bezsensownym grobem) moje ciało będzie mogło się wręcz przydać?
*kaszl*kaszl* « Ice tea junkie powiedział/a
[...] czas temu pod wpływem minirecenzji znajomej powędrowaliśmy na wystawę ludzkich preparatów, Bodies. Wczoraj, by kontynować trend [...]
Barts powiedział/a
Zgadzam się w zupełności. Organy na transplantację, komórki do laboratorium badawczego, czaszeczka dla studenta medycyny, a co się nie przyda, to skremować. Sam bym tak chciał.
Natomiast mój ojciec chrzestny walczy z biurokracją, żeby jego zwłoki przekazano akademii medycznej. Wcale to nie jest takie proste, okazuje się.