Avatar
Posted by saddie w dniu 2010/02/23
Moda nie ma na mnie wpływu, a może raczej ma na mnie wpływ uczulający. Celebruję i ćwiczę odporność na owcze pędy, idiotyczne fasony i peer pressure. Niestety im jestem odporniejsza, tym bardziej je zauważam, a im bardziej zauważam, tym bardziej mnie denerwują.
W tym sezonie wybuchła moda na glanowanie “Avatara”. Nie ma obecnie lepszej receptury na przypodobanie się otoczeniu niż porównanie wyżej wymienionego z Disneyowską “Pocahontas” albo “Tańczącym z Wilkami” (dodatkowe punkty stylu za stwierdzenie, że “Pocahontas” była lepsza) i pracowite wyszukiwanie i wyliczanie Tego, Co Już Było Gdzie Indziej. Stwierdzić, że “Avatar” piękny i się podobał, to bezpowrotnie stracić twarz i szacunek odbiorców. I rozprzestrzenia się ta lawina bzdur po blogach i forach, a im większa lawina, tym trudniej ją zatrzymać.
To ja ochotniczo stanę naprzeciw lawinie.
(Poniżej spojlery potężnego kalibru, więc jeśli ktoś nie widział, to niech najpierw idzie zobaczyć. Najlepiej w 3D, aczkolwiek polskie napisy doskonale psują wrażenie.)
Kto poszedł do kina i zobaczył “Pocahontas”, ten — przykro mi bardzo — głupek. No chyba że w “Pocahontas” (nie widziałam) występowała świadoma planeta. Pandora/Eywa w “Avatarze” albo już świadomość uzyskała, albo jest w trakcie procesu (czy ktoś pamięta Sid Meier’s Alpha Centauri i transcendencję?). Mamy więc sieć neuronową oplatającą planetę. Mamy organizmy wyposażone w złącza do tej sieci, działające również pomiędzy nimi. Mamy przynajmniej częściowe kopiowanie świadomości/osobowości tubylców do sieci. Mamy upload umierającej Grace przez zaimprowizowane łącze. Mamy reakcję planety na informacje otrzymane od Sully’ego (i przypuszczalnie także od Grace). To wszystko, jak rozumiem, umknęło tym, którzy ryczą o “Pocahontas”.
Owszem, motyw najeźdźcy przekonującego się do tubylców i zmieniającego strony był grany wcześniej, i to bynajmniej nie tylko w “Pocahontas” czy “Tańczącym z Wilkami”. Genialny Terry Pratchett napisał, że opowieści to niezależne byty, które przeplatają świat i dzieją/opowiadają się wciąż na nowo. Nie ma historii oryginalnych. Każda opowieść, którą wydała z siebie ludzkość, niezależnie od formy — piosenki, książki, filmu, gry — zdarzyła się już wcześniej i została opowiedziana wcześniej. Prawdopodobnie już przy ognisku w jaskini jeden praprzodek wychrząkał ją drugiemu praprzodkowi. Stąd też wyszukiwanie powtórzonych motywów w “Avatarze” to być może dobra rozrywka, ale do niczego nie prowadzi, a już z całą pewnością nie jest podstawą do oceny jakości filmu.
Jestem ogólnie zirytowana, ale też smutno mi, bo ta konkretna moda to tylko objaw i skutek większej, szerszej mody, o czasie trwania liczonej nie w miesiącach, ale latach (dekadach?): mody na niewrażliwość. Emocje są dla dzieci i starych bab. Wzruszenia są dla pedałów. Odczuwanie i zauważanie piękna jest dla mięczaków. Próbowaliście ostatnio powiedzieć (nie napisać; powiedzieć paszczowo) publicznie, w gronie szerszym niż najbliższy przyjaciel, że coś jest piękne, zachwycające albo wzruszające? Odczuwaliście pewien opór?
A “Avatar” oprócz bycia doskonale nakręconym, dobrze zagranym i ciekawym jest po prostu piękny. Flora i fauna Pandory są piękne. Gracja Na’vi jest piękna. Latające góry [1] są piękne. Sceny powietrzne — loty na banshee, finalna walka — zapierają dech. Emocje, które Na’vi wyrażają w nieskrępowany sposób, są wzruszające.
Tylko że jeśli ktoś pracowicie stłumił i zadeptał w sobie wrażliwość i zdolność odbierania piękna, ewentualnie nigdy ich nie rozwinął, oraz na co dzień nie używa mózgu na tyle, żeby zauważyć i docenić konsekwentnie przedstawioną koncepcję planetarnej inteligencji, to poszedłszy na “Avatara” faktycznie niewiele zobaczy.
[1] W tym miejscu serdeczne pozdrowienia dla polskiego tłumacza, który zrobił z nich “pływające góry”. Go go Gadget.
ztrewq powiedział/a
O, nie wiedziałem, że jest taka moda na glanowanie Awatara, miałem wręcz przeciwne uczucia. Obrazy w Awatarze — piękne, zapierające dech w piersi, zgodzę się. Puszcza pandoriańska i bioluminescencyjne wnętrze baobabu — rewelacyjne. Wymiatające sceny akcji. A powtarzanie i przetwarzanie motywów z innych filmów, z innych historii — no przeż cała sztuka taka jest, więc to jest głupi argument.
Ale nie byłem w stanie się wczuć w żadnego z bohatera, sympatyzować z żadną grupą. Główny bohater — głupi, głupi. Nie przyszło mu do głowy żeby, dajmy na to, pogadać ze swoją dziewczyną? Na przykład, “kochanie, przy okazji, źli ludzie zamierzają wam tego baobaba rozwalić i nie da się z nimi dogadać, bo to buce. Bo wiesz, w sumie to cię chyba trochę lubię, i nie chciałbym, żebyś zginęła przy dźwiękach Lotu Walkirii, dziwne ale prawdziwe”.
Nie dziwiłem się, kiedy Na’vi się na niego wkurzyli — dziwiłem się, że wkurzali się o to, że miał im coś do powiedzenia, zamiast o to, że powiedział, kiedy było na wszystko za późno.
Reszta postaci ma głębię. Trzy de.
Nie potrafiłem sympatyzować z autorytarnym, religijnym, seksistowskim modelem plemienia, opartym na zabijaniu, walce i rywalizacji (nie czuję też piękna obcowania z naturą. Natura jest piękna, ale obcowanie z nią bywa nieprzyjemne). Na dodatek ludzie, którzy szepczą czułe słowa podziękowania jednocześnie podrzynając gardło komuś, kogo mają za brata, nie budzą u mnie ciepłych uczuć.
Że bigcorp i wojskowi nie budzą moich ciepłych uczuć, nie muszę chyba tłumaczyć, chociaż główny bad guy — to on twardziel był (mocna scena, gdy “dobrzy” kradną helikopter).
A na Eyva? Nie mogłem przestać myśleć: jeśli Na’vi podłączając się do “niższych” istot mogą z nimi robić co chcą, to jaki jest efekt podłączenia się Eyvy do umysłu Na’vi? Czy w takim razie Na’vi są marionetkami? Nie wierzę we “wspólnotę wszystkich istot” — bo wspólnotę można mieć z mniej lub bardziej równymi sobie, nie utworzysz wspólnoty ze swoją złotą rybką — a co najwyżej w to, że Eyva podrzynając gardło (metaforycznie) jakiegoś Na’vi lub innej “niższej” istoty uprzejmie podziękuje za poświęcenie (tak, jak to robią Na’vi ze swoim pożywieniem). Brr! Internetsowy overlord. Sympatyczny, dobrze do ciebie nastawiony, ale overlord. I nie mogę się odpędzić od wrażenia, że cała akcja to była jedna wielka manipulacja Eyvy.
j.
saddie powiedział/a
A właśnie seksizmu tam nie zauważyłam. Owszem, “you will choose a woman”, ale rytuał dojrzałości dotyczył obojga płci po równo (w wyprawie po banshee udział brała dwójka nastolatków różnych płci), więc mnie to wygląda, jakby nie tyle mężczyzna miał prawo wybrać kobietę, co dorosły miał prawo wybrać partnera (a partner zgodzić się na wybór). Taki model plemienia mi odpowiada.
A co do podrzynania gardła — cóż, jeść muszą. Lepiej zabić posiłek szybko i z szacunkiem, niż niedbale.
ztrewq powiedział/a
Ja to trochę inaczej odebrałem:
Miałem wrażenie, że on jest taki och-ten-tego wyzwolony-Ziemianin że raczy pytać się o zdanie kobietę, którą chce sobie wybrać. A może po prostu coś sobie dośpiewałem. Moje wyobrażenie o życiu plemion ludzkich na których wzorowano Na’vi są bliskie opowiadaniom z Kiryanagi, więc raczej niezbyt sympatyczne.
Tak czy owak, ciężko mi było w czasie filmu jakoś bardzo “wejść” w postaci, które oglądałem, więc naturalnie ich problemy jakoś mnie mniej strzykały.
OK. Po zastanowieniu, muszę trochę doczytać o plemionach łowców, żeby wyjaśnić i zrozumieć swoją własną niechęć do dziękowania zwierzętom, które się zabija.
Chyba chodzi mi o to: Dziękując im, czynimy je bardziej ludzkimi w naszych oczach (“I see you, Brother, thank you”), nie traktujemy ich tylko jako “lodówki na czterech nogach”. OK. To zresztą proces odwrotny do dehumanizacji drugiego człowieka, przydatnej, jeśli chcemy go zabić: nadając mu etykietę obcego, podludzia czy nieludzia czynimy akt przemocy akceptowalnym, bo nie dotyczy już człowieka.
Ale w takim razie — dziękując zwierzęciu za to, żeśmy je zabili, stajemy się hipokrytami. Dziękować można za dobrowolną ofiarę, więc dziękując zabijanemu przez nas zwierzęciu, które nazywamy “bratem” i ogólnie uważamy za coś więcej niż bezmyślną lodówkę na czterech nogach, zachowujemy się tak, jakbyśmy dziękowali i okazywali szacunek ludziom, których dajmy na to składamy wbrew ich woli w ofierze jakiemuś bóstwu. Takie teksty w filmach puszczają psychopaci.
Jeśli zabijamy dla jedzenia, to dlatego, że cenimy życie zabitego zwierzęcia niżej niż nasze własne. Można jeszcze powiedzieć “przykro mi”, ale “dziękuję” śmierdzi. Nigdy nie kupiłem tej części mitologii wokoło-indiańskiej w “Karibu” czy innym “Winnetou”.